Dojazd do Rzeszowa (dzień 0)

Z okazji kwietniowego zakończenia meteorologicznej zimy oraz ultramokrego maja, wraz z nadejściem pozytywnych prognoz pogodowych na okres najdłuższych dni w roku, materializuje mnie się plan ostatecznego rozprawienia się z pewną trasą. Historia jej powstania, próby przejścia jednym ciągiem oraz zebrania zeń materiału filmowego to temat na rozpiętość rolki papieru toaletowego, zatem zostawiam te kwestie do poruszenia w odrębnej opowieści.

Pierwszy etap dojazdu do Rzeszowa odbywam autobusem komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej w kierunku dworca PKP. Niby nic szczególnego, ale w tym momencie jeszcze nie wiem, że ten krótki epizod odciśnie swe piętno na dalszych wydarzeniach dnia bieżącego. Podjarany początkiem „przygody życia” tak fikuśnie majstruję w smartfonie, że uwalam PIN do płatności w aplikacji do zakupu biletów. Nic to – nabywam wersję analogową do Katowic natomiast bilety do Rzeszowa mam w wersji off-line. Uwalam się w „Elfie” zgodnie z planem. Sielankę przerywa z pozoru niewinna myśl, że jak się chwilę zastanowię to na pewno wpadnie mi do głowy co zapomniałem spakować (taka turystyczna tradycja). Chwila zastanowienia i… bingo, psia jego mość! Dowód osobisty – potrzebny chociażby do okazania przy kontroli wcześniej zakupionych biletów elektronicznych oraz zakwaterowania (nie zawsze, ale znając moje zafajdane szczęście…). Powoli dociera do mnie, że nie jestem w pociągu do celu tylko w d…e. Dojeżdżam zniesmaczony do Katowic i nabywam bilet „unplugged” w obie strony – trzeba wrócić po dokument. Oczekując na odjazd konsumuję śniadanie, które popijam nerwowym „ekspresso”. W międzyczasie rozwiązuję problem z apką i zwracam bilet do Rzeszowa z którego już nie skorzystam. Szybka rekalkulacja dojazdu i rezerwacja biletu na kolejne połączenie. Tym razem wszystko idzie już jak z płatka i finalnie ląduję w ICku do końcowego przystanku zaplanowanego na „dzień 0”.

Patrząc na zmieniający się za oknem krajobraz staram się złapać klimat wędrówki o długości zbliżonej do przejazdu pociągiem w obie strony. W tej chwili wydaje się to zbyt abstrakcyjne. Przerzucam uwagę na sprawdzanie prognoz pogody:

Pierwsze zadanie – potwierdzić naocznie rozkład i miejsce skąd można teleportować się do Dynowa. Początek szlaku musi poczekać (urlop nie jest z gumy), ale obiecuję sobie nadrobić zaległości. Mijam znany mi już dworzec autobusowy, którego klimat przenosi mnie w czasy PRL-u. Przystanek mojego wozidła nieco na uboczu, ale na szczęście w tym samym miejscu które zapamiętałem. Byleby tylko kurs nazajutrz odbył się planowo – więcej luksusu mnie nie potrzeba:

Kierując się na południe w stronę noclegu mijam osobliwą kładkę:

Bardzo mnie przypada do gustu – kręcę 2 kółeczka i nawiguję zawoalowaną trasą do hotelu. Spieszyć się nie muszę – daję sobie czas na rzut oka na miasto, bo do tej pory zwiedzałem jedynie rejon dworca PKP:

Ten pomnik przykuł moją uwagę gdy driftowałem na kładce. Musiałem podejść i zobaczyć z bliska:

Zachodzę pod fosę zamku. W tym momencie jeszcze nie wiem, że oblężenie się załamie:

Zwiedzanie niemożliwe. Muszę się zadowolić paroma fotkami:

Postanawiam obejść dookoła, bo jakoś tak od krzaków zacząłem i czuję niedosyt:

Niby widać więcej, ale jednak krzaki lepiej budowały klimat:

Idąc dalej mijam kolejny pomnik. Tym razem pośrodku spokojnego, przyjemnie zielonego zakątka:

Chciałoby się posiedzieć, ale postanawiam że tempo zwolnię dopiero po zakwaterowaniu:

Ostatni rzut obiektywem w stronę miłej dla oka zabudowy:

To muzeum jest już zamknięte, ale jak na moje uczulenie na miejskie wycieczki to dzień kończę w poczuciu wykonania planu pięcioletniego:

Podczas późnopopołudniowych zakupów zapada jeszcze decyzja o uzupełnieniu ekwipunku o:

  • worki które dodatkowo zabezpieczą ekwipunek w razie zlewy
  • nieco większą ściereczkę do zbierania skondensowanej wilgoci ze ścianek namiotu (pierwotnie przewidziana w tym celu mikrofibra do optyki słusznie wydała mnie się jednak niewystarczająca):

Rzeszów – Dynów – Bircza

Rankiem budzę się przy nerwowym śniadaniu na które składa się połowa wczorajszej kolacji. Jak zwykle „musiałem” pospać do oporu… no ale cóż – późno zasnąłem próbując odgonić pochmurne myśli o tym ile dni upłynie zanim dopadnie mnie załamanie pogody. Szybkim krokiem zmierzam w kierunku przystanku busów, bo mam spory kawałek do przejścia. Szczęście dopisuje – udaje się wydostać z Rzeszowa zgodnie z planem i po około godzinie melduję się w znajomym miejscu:

Żegnając w myślach miejsce rozpoczęcia wędrówki próbuję poczuć doniosłość chwili, że to tu i teraz materializuje się moment na który czekałem kilka ostatnich miesięcy. Jednak jedyne co wyraźnie czuję to słusznej wagi plecak. Czy to miało tak wyglądać? To całkiem bez znaczenia – pomyślałem po chwili zastanowienia – zważywszy na to, że z perspektywy biurka miałem sporo czasu aby półświadomie wyidealizować sobie kolejną przygodę:

Mijam rynek w Dynowie. Nie po drodze mnie tu robić pierwszy przystanek skoro dopiero co wrzuciłem bieg do przodu:

Przechodzę przez południową część Dynowa i minąwszy sklep obok stacji benzynowej żegnam cywilizację przekraczając linię Sanu:

W tym miejscu dociera do mnie, że oto stoję u bram trasy z którą próbuję się zmierzyć już po raz trzeci. Ogarnia mnie jednak spokój i przekonanie, że tym razem być lepiej przygotowanym się nie da, a jeśli szlak pokaże swój pazur to nie poddam się bez walki:

Opuszczam asfalt i delektując się pierwszą zadyszką osiągam wiatę, która wita mnie taką oto panoramą z Dynowem w tle. Wkraczam w Pasmo Kruszelnicy:

Obok wiatki kolejna tablica informacyjna:

Wiatka solo. Uwalam się na dłuższą chwilę i kontempluję widoczki. Korzystam z okazji do spróbowania suszonej wołowiny własnego wyrobu i dochodzę do wniosku, że czeka mnie codzienny trening silnej woli aby nie wszamać całodziennej porcji na raz:

Chwilę później żegnam miejsce odpoczynku i kontynuuję podejście:

Gdy wiata znika z oczu, urzeka mnie taki oto widoczek. Bardzo mnie się podoba takie odcięcie łąki:

Feeria barw łąk nad Dynowem „zmusza” mnie do użycia zooma (zdecydowaną większość ujęć robię na szerokim końcu):

Gdzieś dalej napotykam na dość ciekawy okaz. Grzybobrania z tego nie będzie (ani wsadu do jajecznicy), więc udokumentowawszy ruszam z kopyta:

Profilaktyczne straszonko niedźwiedziem:

Na Pasiekach leśnicy zbierają na ognisko ;-)

Pasieki na większości map to szczyt nienazwany (dziwne to, gdyż wokół sporo miejsca)

Postanawiam cyknąć panoramkę nieco szerzej (takiej okazji nie można zmarnować):

Widok na dolinę Sanu (na północ – w kierunku Bachórza / Bachórzca) stanowi miły dodatek do krótkiego postoju. Gdzieś przed te wzgórza na horyzoncie biegnie niebieski szlak:

Widząc góry w oddali kiełkują mi w głowie pytania w stylu „czy tam biegnie jakiś szlak?”:

Zaczynają się ukazywać zabudowania Dylągowej – znak, że przede mną dłuższy i bardziej odkryty odcinek. Dobrze, że nie ma upału – tu spłonąłbym jak zapałka:

Pierwsze statyczne ujęcie kamerką sportową tego dnia. W tym momencie nie jestem świadomy przesunięcia czasu pomiędzy nią a bezlusterkowcem (co na etapie składania tej relacji okazuje się być mocno upierdliwe). Zaraz za wzgórzem Pasieki odbijam niespodziewanie w lewo za znakami w terenie (w stosunku do tego co mi pokazują nieaktualne w tym miejscu mapy elektroniczne – wszystkie jak jeden mąż). Zmiana przebiegu świta mi w głowie po krótkim powrocie myślami do ubiegłorocznego przejścia tego fragmentu. Wbijam na asfalt …brrr! Myśl o katowaniu stóp w ten nieoutdoorowy sposób próbuję odciągnąć wspomnieniem ubiegłorocznego widoku (kosmicznej w tym miejscu) instalacji platformy wiertniczej. Ze zdziwieniem stwierdzam, że pozostał po niej jedynie ślad w postaci zabezpieczonej dziury po odwiercie. Uśmiechnąłem się pod nosem gdy przypomniało mnie się, że ktoś pozdrawiał mnie z wysokości zauważywszy piechura z plecakiem (zapewne nieczęsty widok w tym miejscu) i tak jakoś milej się wtedy wędrowało:

Jeszcze przed skrzyżowaniem dróg (odbicie na Dylągową i pole namiotowe „Niezapominajka”) łapię kawałek cienia i dobrą okazję na kolejną panoramkę zanim zanurzę się znowu w gęsty las:

Dochodzę do odbicia na „Niezapominajkę”. Z bólem serca nie skręcam w prawo. Tabliczka informuje mnie, o czasie do kolejnego wyjścia z lasu:

Przed ostatecznym wejściem w las mijam taki oto wystrzałowy lokal:

W okolicy odbicia na Kruszelnicę (500) mylę drogę pochłonięty filmowaniem (słabo widoczny znak okazał się nieco nadszarpniętą strzałką w prawo). Gdy ścieżka zaczyna zdecydowanie się obniżać, łapię kolejne wątpliwości nawigacyjne – tym razem przez brak ciągłości oznakowania. Na szczęście główna ścieżka doprowadza mnie na przeciwległy skraj lasu i żegna mnie analogicznym lokalem:

Mijam jedno gospodarstwo z luźno biegającymi czworonogami. Przystaję na chwilkę i pstrykam krajobraz kamerką…

…oraz bezlusterkowcem (tak dla porównania szerokości kadru i jakości odwzorowania). Pierwszą kategorię wygrywa kamerka, drugą – bezdyskusyjnie aparat:

Zbliżenie na sacrum:

Lawiruję mostkiem łypiąc okiem na niebieskie akcenty:

Ten obiekt muszę kiedyś zwiedzić. Tym razem znów odpuszczam z braku czasu. Będzie pretekst, aby znów tu wrócić:

W okolicy najwyższego punktu kolejnego leśnego odcinka robię krótki postój będąc psychicznie poszarpanym błądzeniem w poszukiwaniu niebieskich znaków. Po sąsiedzku mam kolejną ambonę. Za gospodarstwem, po zejściu z asfaltu w Piątkowej-Pracówce, porządnie się nawodniłem i uzupełniłem zapasy w tym zakresie, co okazało się kluczowe:

Mając ochotę wsadzić pędzel w d… znakarzom, którzy przyczynili się do „świetności” tego odcinka wytaczam się z lasu nad Kotowem. Na ukojenie nerwów strzelam szerokim kadrem:

W oddali dostrzegam jakieś pasma. Wreszcie jakiś plan dalszy niż drzewa tuż przed nosem:

Jeszcze ostatnie ujęcie zanim spontaniczną decyzją postanowię o zejściu na Kotów:

Kotów wita mnie taką oto luksusową miejscówą:

Jest i opcja transportu, ale mnie nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z kilkoma kilometrami szurania po asfalcie:

Początkowo niektóre zabudowania powodują u mnie lekki wytrzeszcz oczu:

Idąc dalej zaczynam rozumieć więcej:

Moja obecność zostaje zauważona:

Żegnając jedynych dostrzeżonych przeze mnie „mieszkańców” Kotowa podążam dalej w kierunku cerkwi:

Po chwili osiągam obiekt zauważony na mapie i dokumentuję szeroko,…

…wąsko…

…i na koniec – od frontu:

Mijam stare zabudowania Rudawki Birczańskiej…

…spośród których swoją urodą urzeka mnie zielony domek:

Po prawie 4-kilometrowym asfaltowaniu napotykam kościół w Rudawce, który kiedyś był cerkwią:

Zabytek wydaje się być odnowiony. Zachodzę w głowę ile ostało się z pierwotnego wyglądu:

Niestety zamknięte na cztery spusty. Mnie pozostaje nacieszyć się odpoczynkiem pod dzwonnicą i ruszyć w dalszą drogę. Następny przystanek – stacja benzynowa w Birczy. W myślach szczerzę zęby na hotdoga i kawę …albo coś równie niezdrowego:

Asfalt dobija moje stopy. Zasiadam na łyk wody we wiacie przystankowej:

Przemykam szybko obok stacji benzynowej. Teraz już mnie się odechciało kawy i hotdogów. Marzę jedynie o ciepłym prysznicu i walnięciu się na wyrko. Jedzenie ogarnę gdzieś pomiędzy. Dochodzę do pobliskiego hoteliku – jedyne miejsce w okolicy w którym udało mnie się zarezerwować nocleg z wyprzedzeniem (opcja wyżywienia i miła obsługa też na plus). Dwa kolejne zdjęcia zrobiłem już rankiem dnia następnego, ale tutaj bardziej pasują jako dopełnienie dnia pierwszego:

Pokoik z wygodnym łóżkiem oraz prysznic z gorącą wodą (dla rozgrzania zmęczonych mięśni) to szczyt moich marzeń. Wieczorem słucham szlagierów KSU i uzupełniam kalorie. Odpływam zmęczony ilością asfaltu. Mnie w to graj – nikt nie mówi, że będzie niefajnie jak nie będzie lekko. Gęba sama się uśmiecha na myśl kolejnego chaszczowania po okolicach – te rarytasy zostawiam sobie na kolejną okazję. Dzisiaj decyzja była dobra – nie dotarłbym tutaj przed zmrokiem idąc przez Masyw Piaskowej i Sufczynę (a filmowanie całości stawiam tym razem za cel nadrzędny):

Zapraszam na film z wędrówki

Kącik suchych faktów

mapa i profil trasy

trasa w liczbach

  • 30,89 km

    dystans

  • 570 m

    suma podejść

  • 561 m

    suma zejść