Wstaję nieco „skacowany” ominięciem wczorajszej imprezy. Próbuję oszukać sumienie wmawiając sobie do śniadania, że regeneracja to przecież rzecz priorytetowa. Może jak wyjrzę przez okno (które znajduje się na idiotycznej wysokości) to ujrzę pozytywnie niebieskie niebo? Nic z tych rzeczy – słońca ani śladu:

Lustereczko powiedz przecie… czy mnie burza dziś nie zmiecie ;-)

Kilkadziesiąt kroków za murami zamku dopada mnie pierwszy deszcz na całej wyprawie (i jak się okaże – jedyny). Wiedziałem, że ta chwila nastąpi. Na „dzień dobry” mżawka przeradza się w lekki deszczyk, więc decyzja o narzuceniu poncha zapada szybko. Rozgrzewam się podejściem na Garby (304) i zlatuję na jałowym do Dybawki Dolnej. Gdzieś po drodze deszcz troszkę odpuszcza i tylko lekko mży – decyduję się schować poncho i przywdziać wiatrówkę, aby lepiej oddychać ciałem. Patent zdaje się działać i – póki się ruszam – nie ma sensu niczego zmieniać. Podejście pod Prałkowską Górę (351) rozgrzewa mnie jeszcze bardziej, ale w Prałkowcach wiatkę napotkawszy zasiadam na „zimną” przerwę dając odpocząć nogom i plecom. Ruszam szybko, bo zaczynam odczuwać nieprzyjemne wychłodzenie posiadówą. Podejście pod Wapielnicę (394) przyjemne ze względu na spacerową nawierzchnię, więc skupiam się na miarowym tempie aby nie dokładać wilgoci od siebie. Wysycham i z radością witam pierwsze promienie słońca tuż przed zalesionym wierzchołkiem. Dobry to znak, który podnosi moje morale o 500%. Z bananem na twarzy ruszam szeroką leśną autostradą na dwugodzinny spacer: wg mapy – w lesie, w praktyce – poza nim. Dochodzę do rozstaju dróg – jest nawet kawałek deski aby przysiąść na parę chwil (wiatą bym tego nie nazwał – w razie deszczu marne schronienie, bo i na głowę nakapie i po plecach będzie zacinać). Szybki łyk wody i wkraczam w las. Ciężkobłotny odcinek pochłania mnie bez reszty. Jeden krótki odpoczynek pośrodku robię. Słońce wychodzi na dobre, ale nie mogę się nim nacieszyć w lesie. Tym większa motywacja, aby dojść do jego końca tuż za szczytem Szybenicy (496):

Taki widok był wart trudów dzisiejszej drogi. Panoramę ogarniam wszystkim co mam pod ręką (na drona nieco szkoda mi czasu… będę tego żałować). Zejście będzie zabawne – znak na drzewie (analogicznie do map) wskazuje zejście ścieżką lekko w prawo, natomiast oficjalny ślad GPS prowadzi wzdłuż płotu. Znaki w terenie się urywają:

Nieco niżej ogarniam kadrem prawie pełne 360 stopni niczym sowa:

Przyglądam się jeszcze przeciwległej górce – Gruszowskiej (484) – którą rok temu obchodziłem, bo szlak był zagrodzony przy cerkwi w Koniuszy. Na początku zejścia wyrastają mnie z traw dwaj piechurzy z plecakami (pierwsi na szlaku). Idą w kierunku przeciwnym, ale nie całość szlaku. Ostrzegam przed czekającymi ich „atrakcjami” i życzę powodzenia. Miło było do kogoś „po fachu” gębę otworzyć ;-)

W Koniuszy zastaję znakowy armageddon:

Podchodzę odpocząć pod zabytkiem i zastaję „wsparcie” pewnej kilkunastoosobowej grupy, która bodajże od Wapielnicy podąża moimi śladami. Chwilkę rozmawiamy i dowiaduję się, że zmierzają dzisiaj dojść na nocleg – tak jak i ja – do Kalwarii Pacławskiej. Podobno doświadczona ekipa więc dadzą radę, ale pod cerkwią zrobią przerwę na podwieczorek. Podobno spowolniły ich warunki na leśnym odcinku pomiędzy wiatką na odbiciu z „autostrady” a Szybenicą (498). Mówię zatem „do zobaczenia” i ruszam dalej:

W ubiegłym roku w zamiast trawy po lewej stronie było jakieś ogrodzone poletko uprawne i nie było tego jak obejść. Tym razem przejście jest możliwe, więc zaczynam krótkie aczkolwiek intensywne podejście dość bujnymi trawami:

Szybki rzut oka na gospodarstwo w którego podwórko wbijamy trzymając się oznakowania na górze. Rok temu spotkałem gospodarza – bardzo miły człowiek; chyba już przyzwyczajony do turystów, którzy szukają tutaj niebieskich znaków (pozdrawiam serdecznie, jeśli kiedyś przeczyta te słowa). Ciekawi mnie jak to wygląda idąc w przeciwnym kierunku – może trzymając się właściwej (a która to?) strony płotu będą widoczne jakieś pozostałości znaków na drzewach u dołu łąki lub na słupach nieco wyżej):

Jeszcze tylko „łapię” krajobraz w szeroki kadr, obracam się na pięcie i dochodzę do wejścia w las w okolicy wierzchołka góry Gruszowska (484). Odnotowuję, że tabliczka z nazwą szczytu znajduje się na drzewie poniżej właściwego wierzchołka. Tu Nadleśnictwo Bircza trolluje mnie pustą tabliczką o czasowym zamknięciu szlaku. Brak wpisania okresu obowiązywania traktuję jako brak zakazu i kontynuuję przejście szlakiem:

Wychodząc z lasu znajduję analogiczną tabliczkę informacyjną – również brak „odatowania”. Dochodzę do kolejnego idealnego miejsca widokowego na tym odcinku i przysiadam pod drzewem obok przydrożnej kapliczki. W kapliczce siedzi jakaś lokalna babinka i modli się cichym śpiewem. Pstrykam na szybko kapliczkę telefonem (testuję tryb HDR choć wiem, że nic dobrego z tego nie wyniknie):

W analogiczny sposób psuję panoramkę (też telefon i tryb HDR):

Panoramę ratuje jak zwykle bezlusterkowa alternatywa. Piękne miejsce. Spędzam tu ze dwa kwadranse jedząc wołowinkę i popijając obficie. Na koniec krótka wymiana zdań z babinką, która coś tam zdążyła wtrącić na temat tych tabliczek. Z szacunku do słusznego wieku babinki nie wdaję się w ostrzejszą polemikę tłumacząc w prostych słowach stan faktyczny szlaku na tym odcinku i życząc wszystkiego dobrego. Ruszam w dalszą drogę, bo słońce już coraz niżej:

Parę kroków dalej mijam pasące się stado koni i dochodzę do skrzyżowania w Gruszowej:

Tutaj napotykam kolejnego przedstawiciela lokalnej fauny. Nieco dalej pamiętam, aby uważać na ewentualność luźno biegających psów (opuściwszy asfalt obniżam o 1 punkt poziom czujności):

Krótki odcinek przez las poprzedziło obchodzenie dość błotnistego miejsca. Spotykam tutaj również trójkę krótkodystansowych turystów z którymi zamieniam parę zdań. W końcu wychodzę znowu na łąki:

Sanktuarium widać już stąd jak na dłoni:

Nie byłbym sobą gdybym nie zwrócił uwagi na góry w oddali:

Schodząc do Huwnik rozglądam się dookoła – czasem warto patrzeć w innym kierunku niż najbardziej oczywisty (łąki też mają swój urok):

W Huwnikach szczęśliwie jestem na tyle wcześnie, że sklepik jeszcze czynny (z czego oczywiście chętnie korzystam). Wlatują dwa banany i jakieś niezdrowe picie na podniesienie morale przed ostatnim podejściem. Zanabywam również kwaśnego słodycza żelkowego na lepszy nastój wieczorową porą:

Dokumentuję „happy hours”:

Jak się okazuje nawet proste rzeczy nie są czasem tak proste na jakie wyglądają ;-)

Pojadłszy i opiwszy się jak bąk próbuję przeprawić się (bez zwrócenia tych darów matce naturze) przez „bujany” mostek z powyłamywanymi szczebelkami. Z duszą na ramieniu pokonuję ostatnią przeszkodę. Moja fachowa opinia o jej stanie technicznym i perspektywach na jego zmianę – wypowiadana pod nosem acz dosadnie – płoszy jakąś parkę z nadrzecznych szuwarów. Odbijam w lewo i zaczynam zdobywać wysokość nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Po parunastu minutach docieram na skraj leśnej przecinki:

Urzeka mnie to drzewo z oznaczeniem niebieskiego szlaku karpackiego:

Niebo też zaczyna być bardziej fotogeniczne niż dotychczas:

Kilka kroków powyżej odbijam w prawo i utrwalam spektakl świateł i cieni na przeciwległych wzgórzach:

Niebo – fotograficzny torcik z którego właśnie wyżeram wisienkę:

Nie zapominam obiektywem „nasłuchiwać” tego co w trawie piszczy. Ze zdumieniem stwierdzam, że tu równie pięknie:

Przepraszam się na tą „sesję” z telefonem:

Trafiam również na jedne z moich ulubionych polnych kwiatków:

Kształtów – do wyboru:

Kolory – wszystkie o jakich pomyślę:

O niczym nie zapominam:

Odbijam w lewo, na asfalt, i łapię ostatnie kadry tego dnia:

Pstrykam ostatnią fotkę i wrzucam „drugi bieg”, aby sprawnie dojść przed umówioną godziną do Domu Pielgrzyma. Na miejscu witam ekipę supportu spod cerkwi w Koniuszy. Sakramencko zmęczony udaję się na nocny spoczynek. Nie mam już dzisiaj sił na zdjęcia obiektu w którym goszczę (obiecuję sobie nadrobić tę zaległość nazajutrz). Rzutem na taśmę jeszcze tylko ogarniam nocleg w Jureczkowej. Wjeżdżam na autopilocie pod ciepły prysznic, a potem kolacja wjeżdża na dobranoc w mój przyklejony do kręgosłupa żołądek. Odpływam rozmyślając o tym czy znowu trafi mnie się taka pogoda na odcinek do Jureczkowej jak ostatnio:

Zapraszam na film z wędrówki

Kącik suchych faktów

mapa i profil trasy

trasa w liczbach

  • 30,49 km

    dystans

  • 938 m

    suma podejść

  • 694 m

    suma zejść