Dzisiaj musiałem użyć budzika (ale żeby na urlopie… no dobra – jakoś przeboleję). Na luksus wyspania się „do oporu” nie mam co liczyć chcąc złapać jedyny bus do Sufczyny. Impreza pod tytułem „2 godziny piłowania podeszw na asfalcie” mnie nie kręci (decyzja o zejściu na Kotów oznaczała, że ze względów czasowych godzę się na odpuszczenie Masywu Piaskowej). Śniadanie wlatuje „na siłę”. Nie cierpię jeść z rana, bo z rana to ja nigdy nie jestem głodny. Jednak z drugiej strony… na trasie szkoda mi czasu na dedykowane postoje. Odpoczynek to ma być odpoczynek – słuchanie odgłosów natury, niczym nieskrępowane oganianie się od komarów, skok w krzok, łyk wody, siad prosty buty ściągnąwszy, niespieszne kąsanie suszonej wołowinki, a nie kuchenne rewolucje z zegarkiem w ręku i skrętem kichy podczas zwijania majdanu. Bus w minut kilka dowozi mnie na miejsce – pozdrawiam kierowcę (swój chłop – miło było pogadać). Wypadam z busa – niczym z prywatnego rydwanu – bezpośrednio na szlak. Zanim zacznę podejście mijam siedzibę sołtysa, a nieco wyżej – dom, którego gospodarzy pytałem rok temu o możliwość przejścia (była jakaś tabliczka z informacją o terenie prywatnym) i problemu nie było (o ile dobrze pamiętam to zmotoryzowani się tam zapuszczali rozjeżdżając łąkę). Trzymam się prawej strony łąki (nie ma widocznej ścieżki) i po lekkim wypłaszczeniu dostrzegam niebieskie znaki. Odtąd idzie się już łatwiej, więc łypię za siebie na Masyw Piaskowej i wspominam błądzenie sprzed dwóch lat (nigdy w ciągu 1 godziny tyle przekleństw z siebie nie wydobyłem… no może podczas błotnej „szkoły życia” na zejściu czarnym szlakiem do Zyndranowej – w tym roku nie było tam już ciężkiego sprzętu). Strzelam panoramkę:

Minąwszy Grzbiet Sufczyński wychodzę z lasu. Pod słońce widzę tyle co na poniższym zdjęciu. Minie chwila zanim przyzwyczaję się do otwartej przestrzeni i lekkiej „patelni”:

Zbliżam się po chwili do punktu widokowego nad Hutą Brzuską. Panoramka – nieco wcześniej (i słusznie):

Uwagę mą przyciąga wzgórze z masztem i pięknie położoną daczą. Zejście na totalnym spontanie – ani jednego znaku. Dobrze, że jest jakaś lepsza dróżka:

Melduję się na krótkim postoju technicznym przy kościele pw. NMP Królowej Świata (zdecydowanie najbrzydsza architektura sakralna na szlaku – oczy me krwawią). Zasiadając na ławeczce filtruję wodę na etap do Krzeczkowej (tutaj zapas jest kluczowy):

Sytuację ratuje nieco zieleń w szerokim kadrze:

Poniżej kościoła mijam budynek szkoły podstawowej:

Minąwszy wzgórze Piasek (417) nie mogę nacieszyć oka szerokim widokiem (to jedna z moich ulubionych pano-miejscówek na całym szlaku):

Jak widać, sam Piasek:

Jasnozielona grań pośrodku kadru mnie oczarowała. Zbieram szczękę z szutru i ruszam dalej …łąka jest fajna, ale las jest „w dechę” (daje cień, gdy żar z nieba cały dzień):

W okolicach połowy drogi do Krzeczkowej odbijam na Krzeczkowski Mur. Grzechem byłoby minąć taką atrakcję. Na miejscu okazuje się, że powstała nowa infrastruktura turystyczna – wiata oraz bezpieczne miejsce na ognisko:

Ujęcie bez płota – dobra robota. Grunt to podstawa (co widać tutaj dobitnie):

Za chwilę wkroczę do Krzeczkowej z nadzieją na odpoczynek pod zadaszeniem wiatki przy świetlicy wiejskiej:

Wiata w rozsypce, więc plan legł w gruzach. Obieram zatem kierunek na Popielową Górę (363). Łamię się jednak przed odbiciem szlaku z asfaltu w krzaki i robię przerwę na zwilżenie gardła. Pomimo braku procentów w napoju ciężko mnie wstać z rowu. Podrywam jednak dupkę i ostatkiem sił motywuję się do chaszczowania – ta przyjemność mnie nie ominie. Morale jednak wysokie, bo jest sucho, a to z kolei oznacza, że jedyne co mnie może zaskoczyć to ilość kleszczy do wyrwania na końcu podejścia. Na tym fragmencie płakał Rafał „Szybki”, płakali też zapewne prawdziwi „twardziele, że ja pierdzielę” – jak masz szczęście to trawa tu wysoka po kukle, a jak nie – to mokra i po pysku smaga kolcami. Wchodziłem tu w ulewie, więc teraz żując pszczołę napieram jak dzik przez ściernisko:

Nie jest tragicznie (za to będzie w lipcu/sierpniu, bo wiosna opóźniona z wegetacją o jakiś miesiąc), aczkolwiek brak ścieżki wymownie mówi o popularności tego wariantu (słój miodu stawiam, że część „turystów” wali asfaltem prosto na Olszany). Dochodzę do górnych partii łąk nad boiskiem w Olszanach. Gubię oznakowanie (kiedyś schodziłem tędy w deszczu metodą „po słupach” – spotykałem na nich zamalowane pozostałości starego przebiegu szlaku, co pokrywało mnie się z mapą). Lawirując na oślep w trawach po pas staram się pomimo zejścia stawiać kroki maksymalnie wolno, bo nie widzę do końca co mam pod butem. Nie próbowałem tylko wariantu z trzymaniem się lewej strony łąki (teraz jakoś bardziej w prawo mnie znosi). Wracać się już nie mam ochoty, a sił w głupi sposób szkoda mi tracić. Trafiam… jak kulą w płot – dosłownie. Ale chyba w tym miejscu już kogoś szlag trafił i teraz jakby łatwiej pokonać tę ostatnią przeszkodę przed właściwym ogrodzeniem boiska (w którym jest furtka). Boisko jest właśnie koszone – ucinam dłuższą pogawędkę próbując wyciągnąć „sekrety” tego odcinka od lokalsów – niestety szlak mało popularny, więc i jego sprawy schodzą tutaj na dalszy plan:

Nic to – myślę – i poprawiam sobie humor skromnymi zakupami w miejscowym sklepiku:

Nieopodal – kolejna opcja zaopatrzenia (ten lokal już jednak odpuszczam):

Za delikatesami znajduje się stacja benzynowa. Nie skorzystam – gazu mam odpowiedni zapas (do gotowania, na niedźwiedzie… i na komary też by się coś znalazło):

Odbijam z dość ruchliwego asfaltu na niebieski szlak, który zaprowadza mnie tuż nad San. Na końcu pierwszej większej polany, ale jeszcze przed ponownym spotkaniem asfaltu, jest taki psotliwy fragment, gdzie sporo relacji opisuje jakieś niestworzone chabazie. Problem tak naprawdę powoduje nawarstwienie się kilku trudności w jednym miejscu (czyli tak naprawdę problem znajduje się standardowo pomiędzy kijkami a plecakiem). Pierwsze – niespójność map z faktycznym przebiegiem szlaku: nie prowadzi on lekko po łuku w lewo (nad brzeg Sanu, jak podają niektóre mapy) lecz na końcu polany skręca lekko w prawo w las. Tutaj pojawia się drugi problem – lekkie obniżenie terenu, w którym są wyższe trawy – w okresie długotrwałych opadów może tu zalegać woda. Trzecią trudnością jest dojrzenie oznakowań w miejscu wejścia szlaku w las (gdy odbijesz w lewo – będzie to moim zdaniem niemożliwe). Zapewne kluczową rolę odgrywa tu wegetacja – w lipcu i sierpniu na pewno będzie najtrudniej dojrzeć niebieskie znaki. Pokonuję odcinek w miarę sprawnie (tu kluczowa okazuje się po prostu świadomość tego co mnie czeka). Dochodzę do asfaltu i odbijam w lewo. Na końcu szutru robię „siedzącą” przerwę na przekąskę i wody łyków kilka. Jest przyjemnie ciepło i aż żal wstawać – mógłbym tu nawet uciąć sobie drzemkę, ale bliskość Krasiczyna mnie motywuje do ostatecznego wysiłku (ok. 1 godz. marszu). Idąc rozległymi łąkami mam po lewej stronie San, a w głowie obraz dwóch poprzednich przejść: za pierwszym razem – uciekając wieczorem przed hordami komarów, które chciały mnie wypić żywcem (szedłem z pola namiotowego „Niezapominajka”), a ostatnio – w ogromnej ulewie podczas burzy, która właśnie przechodziła nad Krasiczynem. Za trzecim razem pogoda jest łaskawa i nawet komarów nie uświadczam poza jakimiś zbłąkanymi singielkami (tak, komarza przemoc ma płeć – w tym przypadku żeńską):

W jednym miejscu szlak osiąga niemalże brzeg rzeki:

Ostatnie ujęcie na chaszcze i zieloną trawkę zanim osiągnę zamek (gdzie przypada kolejny nocleg):

Melduję się na miejscu. W pokoju rutynowe czynności: zrzucenie szafy z pleców, rozpakowanie, szybki prysznic. Dopiero nieco późnieć myślę nad tym co „sprzedała” mnie miła pani z obsługi – wieczorem na dziedzińcu mają być dodatkowe atrakcje w postaci opowiadań o zamku przy ognisku. Takiej okazji przepuścić nie mogę, więc ustalam priorytety: zakupy w pobliskim sklepie, zwiedzenie parku, inne przyjemności. Sklep w Krasiczynie jest dobrze zaopatrzony, więc zakupy się nieco przeciągają („Osiołkowi w żłoby dano…”). Obok sklepu serwują jakieś jedzenie. Jest trochę ludzi, więc myślę, że skoro klienci są to i jedzenie będzie znośne, co faktycznie się sprawdza (ale bez szału). Niespiesznie pochłaniam talerz pierogów ruskich i kuszę się jeszcze na białą kawę (nie wiem co mi do głowy strzeliło, ale wybrałem paskudne połączenie). Muszę to rozchodzić:

Pstryk na lewą basztę:

Szybko przemykam przez dziedziniec po którym pozostaje pewien niesmak imprezowych instalacji, które zdecydowanie psują tu kompozycję:

Obcinam na schody chcąc ratować sytuację (#piekłofotografa):

Oczu kąpiel zobaczywszy zamek od bardziej reprezentatywnej strony:

Na wieży dostrzegam warowną komnatę księżniczki:

Spoglądam z mostu na fosę, która okazuje się być bogato zarośniętym stawikiem:

Z lewej strony roślinności wyraźnie mniej:

Tutaj jednak słychać wołanie księciunia wielu księciuniów… przestaję się dziwić dlaczego królewna kazała sobie wyciszyć komnatę na wieży:

Próbuję coś złapać zoomem w telefonie… jak widać jakość kiepska, a do tego chłopaki się w szuwarach pochowali:

Szukając możliwie najszerszego kadru przerzucam się na kamerkę sportową:

Ujęcie z tego miejsca najbardziej przypada mnie do gustu:

Baszta też ma swoje idealny kadr:

Majestatyczne, stare drzewa tworzą niesamowity klimat:

Idąc nieco dalej zawijam nad znacznie większy staw:

To samo ujęcie, ale nieco szerzej – kamerka nie przestaje mnie zadziwiać tym ile można z niej wykrzesać, gdy się ją odpowiednio wykorzysta:

Niektóre gatunki drzew przybierają zadziwiające kształty:

Miłym akcentem są opisy ciekawszych okazów:

Mnie jednak najbardziej urzeka woda:

Próbuję zachować możliwie najpełniejsze wspomnienia z tego miejsca:

Zachodzę w okolicę czegoś na kształt cypla – tu jest zdecydowanie najładniej i najspokojniej. Siadam na chwilkę na ławce i upajam się chwilą:

Słońce zaczyna się powoli obniżać, więc decyduję się na powrót:

Zahaczam jeszcze o ciekawą bramę prowadzącą na łąki:

Wracam do budynku powozowni (tutaj, oprócz recepcji, znajduje się także mój pokój). Ostatnie ujęcie psuję subtelnym fotograficznym faux pas w postaci złapania w kadr własnego cienia. W pokoju ucztuję konsumując wcześniej zdobyte kulinarne skarby. Po królewsku najedzony odpływam wieczorny „bal” pominąwszy. W myśl zasady „nasz klient – nasz pan”, przez nikogo nie niepokojony, obudzę się dopiero nazajutrz pisząc kolejny rozdział tej przygody:

Zapraszam na film z wędrówki

Kącik suchych faktów

mapa i profil trasy

trasa w liczbach

  • 22,99 km

    dystans

  • 594 m

    suma podejść

  • 623 m

    suma zejść